Company Logo
slide 1 slide 2 slide 3 slide 4 slide 5 slide 6 slide 7 slide 8 slide 9 slide 10 slide 11 slide 12 slide 13 slide 14 slide 15 slide 16 slide 17 slide 18 slide 19 slide 20 slide 21 slide 22 slide 23 slide 24 slide 25 slide 26 slide 27 slide 28

Rozrywka

Ciekawostki

Motto:

  "Idź tam, gdzie słyszysz śpiew
  Tam dobre serca mają
  Bo ludzie źli, ach wierzaj mi
  Ci nigdy nie śpiewają".....

 
  "Cośmy po ojcach naszych zastali
  Dał Bóg Polakom by to kochali
  By swą tradycję mieli wciąż w cenie 
  I szanowali polskie korzenie"......                                  
 

Kurp

Skąd pochodzi nazwa Kurp?  

Kurpie to nazwa obuwia plecionego z łyka lipowego lub łapcie skórzane.

Prawdopodobnie nazwa ta przyjęła się dość wcześnie, skoro już występuje ona w dokumentach z XVII wieku.

Z czasem przyszła moda na skórzane trzewiki na obcasach i zapomniano o łapciach z łyka.

 

Odwiedziło nas

Odsłon artykułów:
1334810

Materiały zamieszczone na tej stronie pochodzą ze zbiorów

Pana Kazimierza Orzoł z Baranowa

Wiosna

Kiedyś wiosny były inne. Tata opowiadał, że w końcu marca przychodziła już wiosna. Zimy były mroźne i śnieżne. Oczekując na wiosnę zwracano uwagę na każde przysłowie. „Święty Walenty /14 luty/ łamie lub wzmacnia pręty" - dotyczy to twardości lodu. „ Święty Maciej /24 luty/ zimę traci albo ją bogaci", „na świętego Kazimierza wyleci skowronek z perza „, na świętego Grzegorza pójdzie zima do morza",

„na zwiastowanie przylecą bocianie". Nie w każdym roku to się sprawdzało - ale żyło się nadzieją. W latach dwudziestych - po „Matce Boskiej Otwornej" /25 marca/ - orano już pole, żeby posiać groch i owies. Wypędzano krowy do lasu - żeby „polatały" i nieraz długo pochodziły, nie śpiesząc do obory. Zaczynały przylatywać bociany.

Marzec był najlepszym miesiącem na przygotowywanie drzewa na opał. Mężczyźni siedzieli w lesie, kopiąc lub zrzynając drzewa na opał lub do budówki. Zwożono później
je na podwórze - rżnięto, cięto i układano na stosie do wysuszenia. W lecie nie było na to czasu, za to dobrze wyschło. 
Gdy zbliżały się święta wielkanocne, kobiety zaczynały robić porządki w domach. Trzeba było wybielić mieszkania, uporządkować w komorze, pranie, suszenie i inne prace, które można było wykonywać, bo już było ciepło. Kto miał trzy izby, przenosił się na lato z dużej izby do małej i alkierza, a duża była wolna.
W wielkie dni - gospodynie oprócz przygotowywania do świąt i pójścia choć jednego dnia do kościoła, musiały przygotować wykupy dla chrześniaków a miały ich nieraz i kilku. Najważniejszym składnikiem wykupu były „kruki" - pisanki. Był z tym kłopot, bo nie zawsze kury naniosły tyle jajek. Trzeba było nieraz pożyczyć od sąsiadki. W wykupie powinno być przynajmniej 7-8 jajek, bułka /sobie pieczone ciasto/ i dobrze gdy było kawałek kiełbasy.
Gotowanie i farbowanie jajek zajmowało nieraz cały dzień. Starano się, żeby były różne kolory - a farb było mało. Mieszano ze sobą farby, malowano w łupinach cebuli itp.
Miejscowe „chrześniaki" z samego rana w drugi dzień świąt przychodzili po wykup. Dalszym zawoziło się lub przyjeżdżali z rodzicami w odwiedziny - bo byli to przeważnie kuzyni.
Od początku wiosny - a w święta już zawsze dzieci latały boso. W pierwszy dzień świąt i drugi do południa nie wolno było oblewać się wodą. Po południu trzeba było uważać, żeby nie oblać w świątecznym ubraniu. Do oblewania i gościn był trzeci dzień świąt tzw. „wolny". Kto miał zamiar iść oblewać, lub spodziewał się, że może być oblany ubierał się w „byle co", bo i tak trzeba było dwa lub trzy razy się przebierać. Oblewano się i cały dzień jak była dobra pogoda.
Z nastaniem cieplejszych dni gospodarze szli do prac w polu - wywóz obornika, orka, siewy zbóż jarych, przygotowanie ziemniaków do sadzenia i sadzenie. Ziemniaki sadzono ręcznie „pod motykę" i „pod skibę". Pod skibę było lżej i szybciej, bo wrzucało się kartofle na gnój do bruzdy i przyorywało drugą skibą.
Gospodynie miały dodatkowo zajęcie z sianiem rozsady - kapusty - żeby gdy dorośnie przesadzić ją na pole. Dawało się też wczesną wiosną kurze „siedzieć na jajkach", żeby mieć swoje kurczaki - a później kury. Kury na jajkach siedziały w sieni lub komorze, żeby miały względnie ciepło, żeby nie zaziębiły jajek. Po wylęgnięciu się kurczaków trzeba było stadka pilnować, żeby kot lub pies nie pożarł, a na dworze, żeby wrona nie porwała.
Dzięki licznym rodzinom jakoś z tym wszystkim dawano sobie radę.


P i e ś n i   p r z y     ż n i w a c h

Dożynki 
Opowiadała 30-letnia Marysia Kaczorek
Baranowo, dnia 25.VIII.1931 r.

Na Kurpiach zboże żną sierpami i garstkami układają wzdłuż oziemka albo
sieką kosami tak, jak to bywa już wszędzie. Kładą formonami na odziemku, a gdy uschnie dostatecznie, wiążą i wożą do stodół. Bywa i tak, że od razu za odbieraczkami idzie ktoś trzeci i wiąże snopki, które po skoszeniu całego ociemka zbierają i ustawiają w mendle lub dziesiątki. 
Żniwa na Kurpiach rozpoczyna się mniej więcej więcej połowie lipca. Na piaseczkach bowiem zboże dojrzewa wcześniej, aniżeli na ziemiach cięższych. Znakiem, po którym poznaje się, że zboże dostatecznie już dojrzało do zbioru jest łamanie się ziarna w palcach. Sierp jest tu jeszcze w dość dużym używaniu.„Żną" sierpem, ale już i „sieką" kosami. „Zynacki" żną sierpami i „garstkami" układają „furgony" wzdłuż „oziemka" lub „zagona" kłosami poza siebie a „odziemkiem" -„knoziami" do siebie. Po dwóch dniach robią ze słomy „pasy" na polu i wiążą formony w snopki, które następnie znoszą i ustawiają w „dziesiątki". Każdy „dziesiątek" liczy 12 snopków. Dziewięć stoi, a trzema nakrywają. Jeżeli żniwa są dżdżyste, snopki ustawiają pod „kokoskę" tj. dziewięć snopków ustawiają obok siebie. Dziesiątym, kłosami rozpostartymi niby czapką, nakrywają.
Przy docinaniu ostatniego oziemka /zagona/ żniwiarze pozostawiają maleńką kępkę kłosów / do jakichś 30 roślin/, zwykle przy samej drodze i to nazywają „plonem". Dziewczyny wiążą u góry kłosy i stroją różnokolorowymi wstążeczkami i polnymi kwiatkami. U doły zaś oczyszczą z zielska i chwastu wszelkiego i stawiają między kłoskami maleńki kamyk, a na nim kawałek razowego chleba, czasami i ksynę soli. W około „ plonu" wypiełają „stecuskę" i wyprowadzają takową do samej drogi. Mówią przy tym „idż plonie, do drugiego gospodarza, niech i on zrobi „plon".
Powszechnym jest zwyczaj oborywania „plonu". W momencie, kiedy chłopcy najmniej się spodziewają, chwytają dziewczyny jednego z nich za nogi i ciągną i go po rżysku wokoło plonu. Starają się zawsze oborać „plon" synem gospodarza. A śmiechu przy tym pełno. Zwłaszcza śmieją się ci którzy uniknęli wypadku.
Oborywanie ma tu znaczenie symboliczne, aby się zboże na przyszły rok urodziło.
Nie przyjęte jest żeby chłopcy oborywali plon dziewczynami.
Z najpiękniejszych kłosów wybranych przez dziewczyny ze snopków robią „równiankę", którą przewiązują nitką lub wstążką przy samych ziarnach. A ze słomek dolnych, które równiutko przycinają, tworzą „warkoc" we trzy „splitki" i z taką równianką idą do gospodarza, śpiewając po drodze odpowiednie przyśpiewki.
Należy tu dodać jeszcze, że dziewczyna, która żnie sierpem na ostatku, nazwana jest przez wszystkich pogardliwie „na kiernozi". „O, Maryna ostała na kiernozi" „Maryna na kiernozi jajka pod.. skrobzie".
Pochód uroczysty do gospodarza prowadzi przodownica, która też niesie w ręce plon
W czasie drogi do domu gospodarza na posiłek, lub w czasie posiłku podanego na polu, śpiewano tzw. pieśni żniwne.
- - - - - - - - - - - - - „ - - - - - - - - - - - - 
Śpiewy mogły się odbywać, gdyż przy żniwach brało udział przeważnie wiele osób.
Liczna rodzina, bo w żniwa jest ciepło i starsze dzieci też pomagały, a nawet babcie
zbierając z ziemi pojedyncze kłosy. Plony zbóż były niskie, a zboża na mąkę do chleba, na paszę dla koni, do siewu i żeby z trochę świnek uchować - potrzeba było
dużo. Każdy kłos był na przysłowiową - wagę złota. Wiele rodzin na „przednówku"
tj. przed żniwami, czekało na chleb z nowego zboża. Niekiedy dosuszno świeże
ziarno na kuchni lub w piecu chlebowym żeby zemleć je w żarnach i upiec długo już oczekiwany chleb.
Przy żniwach - które wymagały najwięcej ludzi do pracy, pomagali bądź też odrabiali, ludzie żyjący na wyrobku - nie posiadający ziemi. „Wyrobnicy" i gospodarze którym zabrakło wcześniej zboża na mąkę do chleba - zapożyczeni byli u zamożniejszych gospodarzy, którzy dawali im żyto albo mąkę na tzw. „odrobek".
- - - - - - „ - - - - - 
Dozanim zytyka przy odłogu,
Podziękujemy Panu Bogu,
Plon niesiemy plon, 
Do gospodarza w dom.
Żeby dobrze plonowało,
Po sto korcy z kopy dało,
Plon niesiemy plon
- - - - - „ - - - - - - 
Śpiewła Kasia z Lipowego Lasu

Za las, słonko za las. Nie wyglądaj na nas.
Nie małoś czasu miało, toś się napatrzało.
Za las, słonko za las, nie wyglądaj na nas.
Napatrzysz się jutro, jak wyjdzies raniutko.
- - - - - „ - - - - - 
Piosenka Anieli Grzyb z Dłutówki
Zaszło słonko zaszło, z górami dyszy,
Puść że nas do domu, ekonomie łysy.
Bo jak nas nie puścisz, to same pójdziemy,
pójdziemy ciebie, łysonie, u krza uwiążemy. 
U naszego pana spodnie do kolana,
Czerwone wyłogi, a koślawe nogi.
Bo z naszego pana, to by były sanki,
Z Przasnysza do Zarąb wozić obarzanki.
- - - - - „ - - - - -
Piosenka Kasi z Rupina 
Pożelim żytko, pożelim owies,
Nie bierz szlachcianki, lepiej się powieś.
Bo u szlachcianki wiszą sarganki,
A u chłopkówny, kitelek równy.
Bo u szlachcianki to gruba szyja,
A brudu na niej aż się zgarbźiła.
A u chłopkówny to czyściusieńko,
Korali na niej dokolusieńko.

Jesień

Podobnie jak przy pracach żniwnych, tak i przy kopaniu ziemniaków brały udział całe rodziny, a nie raz i ludzie za odorobek i sąsiedzi lub kuzyni do pomocy. 
Kopanie ziemniaków było pracą ciężką. Kopano tylko ręcznie motykami, na kolanach lub na stojąco. Trzeba było ciągnąć za sobą koszyk z kartoflami. Na stojąc
kopali tylko młodsi i nie cały dzień, bo bolały plecy. Kartofle z koszyków sypano do
worków lub jak był czas, albo były mokre, to na gromadki „rejki". Z rejki przebierało się: duże do jedzenia, średnie na sadzeniaki i drobne dla świń. Gdy nać -
łodygi były duże, to koszono kosami i zbierano przed kopaniem. Przeznaczone do przechowania na dłuższy czas zakopywano w doły, po 7-8 worków. Doły kopane były głębokie żeby kartofle nie przemarzały w zimie. Do domu woziło się tylko duże do gotowania dla siebie i drobne dla świń. Piwnic na zewnątrz budynków w gospodarstwach nie było. Trzymało się kartofle w piwnicach w domiach mieszkalnych w tzw. „parskach". Po zużyciu „wydostawało" się z dołów, parokro -
tnie w zimie. Doły były kopane zawsze w lesie na wyższym miejscu, żeby nie pode -
brała od spodu woda.
Kopanie trwało niejednokrotnie i parę tygodni. Zależało to od ilości obsadzonej karto flami powierzchni, jak i ilości ludzi do kopania. W późniejszych latach zaczęto nieraz bruzdy z kartoflami odorywać, co pozwalało na lżejsze już kopanie i zbieranie kartofli. 
Kopanie trwało zawsze dłużej niż żniwa, i z tego powodu, że żyto po dojrzeniu się
wysypywało się z kłosów, a kartofle to aby ... do przymrozków.
Okazji do śpiewu było więc wiele. Ludzie zwyczajni byli pracować, to „aby pogoda 
była dobra i kartofle duże - żeby jak najwięcej ukopać „ - to było już zadowolenie.
Jak urodziły się dobrze kartofle, to jedna kobieta ukopywała nawet i 10 worków w 
ciągu dnia. Późnego kopania nikt nie lubił, bo i dzień stawał się krótszy i były z
rana już nieraz przymrozki.
Po kopaniu i w tym samym czasie, miały kobiety jeszcze robotę ze lnem.
Po wyrwaniu stał len w kopkach na polu a potem w stodole do czasu wyschnięcia
główek, w których dojrzewały nasiona. Omłotu nasion dokonywano dwoma sposobami. Jak było mało lnu a ludzi dużo do „tłuczenia", to „młóciło" się „pałami" 
Jak było odwrotnie - dużo lnu - a ludzi mało, to młócono cepami i poprawiano nie-
wykruszone resztki główek pałami, i delikatniejszymi od pał „kijankami". Kijanki
służyły również przy praniu bielizny lnianej tzn - klepanie mokrej bielizny przy
studni na ławie - „stołku" - do prania bielizny. Len po młóceniu wiązało się w małe 
snopki i zawoziło na łąki do parowy - stawu do moczenia. Słoma lnu moczona była
w wodzie około 2 tygodni. Następnie rozwiązywało się snopeczki i słoma była luźno rozpościerana na ugorze lub na pastwisku. Po „wyleżeniu się" lnu gdy włókno łatwo zaczęło się oddzielać od paździerzy, zbierano w czasie suszy len w snopki i
przechowywano pod dachem - w stodole lub w szopie - do czasu tarcia lnu.
Okresem tarcia lnu był przeważnie miesiąc październik. Tarcie lnu to znów robota tylko kobiet. Zadaniem gospodarza i synów było przygotować dół do suszenia lnu,
dowieźdź len i drewno na opał, i suszyć len w czasie tarcia. Doły do suszenia lnu
były poza wsią, w lesie - w tych samych miejscach od lat. Gospodynie pomagały
sobie nawzajem przy tarciu, i starano się żeby w ciągu jednego dnia tarcie zrobić.
Bo i na miejsce do tarcia czekał kto inny i trzeba było sąsiadkom odrobić.
Przynosiła każda gospodyni - „traczka" - swoją „cierlicę", pomogli chłopaki ustawić
ją na kołki wbite w ziemię i warsztat do pracy gotowy.
Na drążkach położonych na obudowanej, prostokątnej skrzyni rozkładało się warstwę słomy lnianej. Pod spodem, w wykopanym podłużnie dole rozpalano ognisko. Trzeba było tak pilnować ognia, żeby len się suszył od ciepła z ognia, ale
nie zapalił - co też się trafiało. Wysuszony len dzieliły kobiety na małe garście i
tarły na cierlicy - oddzielając włókno od paździerza. Dalsza praca przy lnie wyko -
nywana była w zasadzie już przez same gospodynie. Do nich należało „klepanie" lnu
„czesanie", „ przędzenie" i tkanie płótna. 
Klepanie lnu odbywało się najczęściej w pustym chlewie lub pod szopą - jak było ciepło - bo z lnu kurzyły się paździerze. Przeważnie w każdym domu był kadłubek, wydłubany z pnia drzewa który służył i do trzymania w nim ziarna i do klepania na nim lnu - tzn. oddzielenia większych części łodyg.
Po wyklepaniu lnu czesało się na szczotce, z podwójną gęstością drucianych zębów.
Grubsza szczotka usuwała ze lnu kądziel a drobniejsza pakuły. Przędło się na „kółku" oddzielnie len, pakuły i kądziel. Uprzędzone na szpulkach nici „motało" się na „talce" robiąc „prządziona". Prządziona przed dalszą obróbka trzeba było „na zolić" , to znaczy namoczyć w wodzie z popiołem z drzewa / w ługu /. Po zoleniu płukano dokładnie w wodzie i suszono. Później miały raj dzieci - bo trzeba było przędziona - dosyć skurczone - wiciągnąć. Wieszano przędziono na haku u „pułapu" i bujano się do czasu odpowiedniego wyciągnięcia. Z grubszej przędzy było w izbie kurzu nie mało. Bujanie - odbywało się jednak już w porze zimowej i można było to robić tylko w izbie. Nici z wyciągniętych przędzion nawijało się na szpulki , na „śpulowaku". 

Zima

Zima to najgorsza pora roku. Choć wydawać by się mogło że gdy nie było pracy w polu, to można było odpocząć. Pora zimowa rozpoczynała się prawie od wszystkich świętych, bo już nie raz był mały mróz. Święty Marcin /11.11/ na „białym" koniu przyjeżdżał prawie każdego roku. Śnieg, zawieje i zamiecie - to pogoda do świąt Bożego Narodzenia. W okresie powojennym młócenie zboża cepami stawało się coraz rzadsze. Bo „sprowadzono" z Prus - wtedy już z Ziem Odzyskanych różny sprzęt rolniczy, nawet maszyny do młócenia „danfy". Mężczy-
źni mogli sobie odpoczywać. Poza „obrządkiem" przy inwentarzu, należało do nich
odśnieżanie podwórka i częściowo dróg, okresowe „wydostawanie" kartofli i przy-
wóz siana ze stogów. Siano przechowywano w stogach na łąkach, bo w stodołach była słoma - która służyła i za podściółkę, i rżnięto na sieczkę dla koni, a nawet i bydła. Kto nie miał kierata do napędu sieczkarni, to prawie codziennie trzeba było
rżnąć słomę na sieczkę.
Gospodynie oprócz dwukrotnego w ciągu dnia gotowania - śniadania i „wieczerzy",
prania, sprzątania, dopilnowywania dzieci - przędły len i od niego pochodne....
A później robiły w krosnach - „tkały"- płótna.
Zdawałoby się że przy tych pracach nie było miejsca i czasu na śpiewy.
Do świąt było w domach ciszej. Ale od wigilii w wielu domach śpiewano kolędy
przez długi czas. Kobiety znały wiele kolęd na pamięć. W wielu domach posiadano
„kantyczki" - książki z kolędami w których było bardzo dużo piosenek - kolęd.
Wielu mężczyzn śpiewało nie gorzej niż kobiety. Pilnowano żeby uczyły się i śpiewały i dzieci. 

P i e ś n i      r ó ż n e


Piosenka Marysi Mańkus z Zawad

Dziś jam się dowiedział w kościele u fary,
Jak amerykanki, jak amerykanki,
Składają ofiary.
Pójdzie do kościoła, usiądzie na ławie,
Jedna drugiej szepcze, jedna drugiej szepcze,
Która, którego chce.
Nie patrzy na ołtarz, ani na paciorki,
Tylko się zmawiają, tylko się zmawiają,
Pójdziem do karczmarki.
Przyszły do karczmarki: daj pani gorzałki,
Dużego kieliszka, dużego kieliszka,
Dla amerykanki.
Jak dasz pani mały, ja nie będę piła,
Jak wypije dziesięć, jak wypiję dziesięć,
Powiedzą że siła.
I wychodzi z karczmy, główka się jej zieje,
Matula się pyta, matula się pyta,
Co się z tobą dzieje.
Wraca do karczmy, pyta się karczmarki,
Czy amerykanki, czy amerykanki,
Nie piły gorzałki.
Nie była tu jedna, tylko było cztery,
Od razu butelkę, od razu butelkę,
Gorzałki wypiły.
Wraca się do domu, bierze się do kija,
Nie bij mnie matko, nie bij mnie matko,
Już nie będę piła.
Bo ta Ameryka, to jest złoty kraj,
Jeśli tam pracujesz, jeśli tam pracujesz,
To i dolarów daj.
Bo dobrze w Ameryce, jak robota idzie,
Niechaj będzie sława, niechaj będzie sława,
O amerykankach wszędzie.

- - - - - „ - - - - -

Od ubogiego kmiotka do króla,
Każdy ma na świecie swego mola.
Jam nieszczęśliwy, żona i dziatki,
Nie mam sposobu ani swej chatki.
Gdy w szczęściu byłem, wszyscy mnie znali,
I zacni ludzie u mnie bywali.
Gdy los nie służy, wszyscy się brzydzą,
Nie schodzą się zemną, witać się brzydzą.

- - - - - „ - - - - -

W polu lipa, lipa w polu, na tej lipie jeden liść,
Wczoraj byłem na wolności, dziś w więzieniu muszą żyć.
Wczoraj byłem na wolności, przy piciu i jedzeniu,
Dzisiaj siedzę zasmucony w tym przeklętym więzieniu.
Upadła mi kropla wody, na tą czystą podłogę,
By klucznika nie obrazić, więc wycieram jak mogę.
Jak wycieram tak wycieram, do sądu mnie wzywają,
Sędzia czyta, lat szesnaście, na dalekim zesłaniu.
Mamo moja, moja mamo, czy kamienne serce masz,
Widzisz syna za kratami, a nie przyjdziesz ani raz.
Przyszła mama do więzienia i stanęła za drzwiami,
Widząc syna za kratami, zalała się łzami.

- - - - - „ - - - - -

Obrzędy

 

Przygotowanie do ślubu

Wesele na Puszczy Kurpiowskiej odbywa się zwykle we wtorki, czasem tylko w niedzielę. Jeszcze w środę poprzedniego tygodnia idzie p. młoda ze starszą druhną na wieś do „kompanek" /przyjaciółek/ przyjaciółek zaprasza je, żeby zechciały jej jako druhenki towarzyszyć do „aktu weselnego" /do ślubu/, a rodziców prosi, żeby jej nie wzbraniali.
/- Swakiem - nazywa się stary Kurp a ciotką każda stara Kurpianka, naturalnie zamężna, nie panna. Panna, choćby miała i 80 lat zowie się młodą/
W każdej wsi jest jedna lub dwie kobiety, które w czasie wesela spełniają rolę „cepcarki" /czepiarki/. Jest to urząd dosyć trudny, bo taka czepiarka musi znać doskonale wszystkie ceremonie weselne i tymi ceremoniami kierować, a także musi na pamięć umieć wszystkie pieśni weselne w tej wiosce śpiewane. Otóż jedną z takich kobiet prosi p. młoda, żeby usłużyła jej za czepiarkę, resztę gości prosi p. młoda na wilię wesela. Tegoż dnia 
-/w wilię/ - prosi po raz wtóry „drużbów" drużbów „druhny". Wchodząc do mieszkania,
pozdrawia wszystkich mówiąc: „ Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus". Jeżeli u są-
siada jest jedna lub kilka córek, które mogłyby usłużyć za druhny, zwraca się do nich i
mówi: „dziewcoki! przyjdźta jutro na moje wesele, dobrze?". Następnie zwraca się do
ich rodziców, podejmuje ich pod nogi i mówi: i wy swaku i wy ciotko tyz przyjdźta.
Raniutko tego dnia, którego ma się odbyć ślub, jedzie na paru brykach p. młody
ze swoimi drużbami, druhnami, i rodzicami i całą familią, wyśpiewując różne pieśni
zalotne. A kiedy wjeżdżają już do wsi, gdzie mieszka p. młoda, śpiewają najczęściej
następujące pieśni:

Druhny dowiedziawszy się ze p. młody już zajeżdża przed dom, zamykają drzwi od
sieni i starają się go nie wpuścić. Młody i drużbowie walą pięściami we drzwi, wołając
„Roztwórzta ! - bo drzwi rozbijem ! Druhny p. młodej, stojąc w sieni, odpowiadają im
na to śpiewem: 
Pocóżeście przyjechali moi nili goście
Psilibyście, jedlibyście, ale z sobą noście.

Druhny p. młodego odśpiewują ze dworu:

My nie na to przyjechały,
Bym z sobą woziły,
Alem na to przyjechały,
Bym jadły i psieły.

Druhny p. młodej:
Pocóżeśta kawalirzy przyśli, 
Moja izba nie do wasej myśli,
Moja izba z cisowego drzewa,
Mnie takiego kawalira trzeba, 
Oj, trzeba mi kawalira pana, 
Takiego zes, jako i ja sama;
Oj, trzeba mnie, zebym nie robziła,
W seść par koni karetą jeździła,
Żeby była kareta z oknani,
Żeby były konie pod psiurani,
Żeby były stoły marmurowe,
Ściany bziałe, okna krystałowe.

Przygotowanie do ślubu

Drzwi się otwierają, muzykanci grają marsza, a pan młody rzuciwszy 
muzykantom napiwek, wchodzi ze swoimi drużbami i druhnami do mieszkania i wita się naprzód z rodzicami panny młodej a następnie ze wszystkimi gośćmi.
Przybyłych zaprasza do stołów specjalnie przez gospodarza domu wybrany sąsiad. Druhny pana młodego wchodząc do izby, przytupują i śpiewem proszą muzykantów o zagranie im walca.
Panie muzykancie, prosim zagrać walca,
Bo my druhenecki posłybym do tańca,
To i o la la, to i o la, to i la la.
Prosim zagrać walca, walca co dobrego,
Bo my druhenecki ochotne do tego,
To i o la itd.
Bo my przyjechały z tej dalekiej drogi,
Posłybym do tańca, rozgrzałybym nogi.
To i o la itd. 
Tyś do mnie przyjeżdżał, bom ja ci kazała,
Przed takiego chłopca ładnie się ubrałam.
To i o la itd.
Tyś do mnie przyjechał, bom ja ci móziła,
Przed takiego chłopca psianknie sia umyła.
To i ola it.

/Piosenka Kasi z Rupina - 1916 r./

Kto sia zani, to sia zani, ja sia zenić nie banda,
Do mnie sani chłopcy przyjdą, choć ich prosić nie banda.
Kto sia zani, ten sia zani, ja się zanić nie banda,
Śtery grose mam w kiesieni, bez chłopca się obanda.
A wy muzykanci, zagrajciez nam walca,
Cyli z nogi, cyli z ranki, cyli z krzywego palca.
A wy nili goście, prose się nie gniewać,
Bo my ty bandziamy rózne piosnki śpiewać.

Druhny p. młodej wcześniej już przypięły kokardki druhnom i drużbom p.
młodej, a zaraz po przyjeździe przypinają wszystkim przybyłym z panem młodym 
- zaznaczając, że są to goście weselni.
Muzyka gra walczyka lub oberka, drużbowie proszą druhny do tańca: zabawa
się rozpoczęła.
Kiedy nadejdzie pora jechać do ślubu, młody daje znać swojej narzeczonej i
wszystkim gościom, żeby się szykowali do odjazdu do ślubu. Pani młoda idzie do
komory lub na strych i z pomocą starszej druhny i matki ubiera się do ślubu przy
tym żałośnie zawodzi. Druhny oczekujące w izbie śpiewają:

Wyrządzaj się dziewce , wyrządzaj się dziewce moja,
Stoją konie u podwoja.

W okolicy Baranowa po tej pieśni następuje bardzo stara ceremonia weselna, rozplecinami zwana. Kiedy panna młoda ubiera się jeszcze w komorze, druhny 
w izbie śpiewają:
/Pieśń ze wsi Witowy Most z 1916 roku/
A tam pod borem lescyna,
Pod to lescyną dziewcyna.
Złociste włosy czesała, N Nad nimi rzewnie płakała,
Ach moje włosy złociste,
Służyłyście mi w panieństwie.
A teras służyć nie chcecie,
Pod bziały welon pójdziecie.
A spod welona do gaju,
Gdzie się drużbowie zjeżdżają.
Idźcie panozie, nie stójcie,
Tej pani młodej nie smućcie.
Bo ona chodzi i płace,
Dziękuje ojcu i matce.

Panna młoda wychodzi z komory lub schodzi ze strychu, podchodzi do niej starszy drużba, wprowadza do izby i sadza na krześle, / dawniej sadzano na dzieży/ sam zaś z innymi drużbami cofa się do sieni. Czepiarka i druhny otoczywszy panią młodą 
półkolem śpiewają:
/ Pieśni z Czarnotrzewia z 1923 roku?

Coś, Marysiu, robzieła, jakieś warkoc spletała,
Spletałaś go rozkośnie, teraz płaces donośnie.
Coś, Marysiu, myślała, jakieś warkoc spletała.
Spletałaś go wstęgami, teraz oblewas łzani.

Och biedaz mnie sieroteńce na świecie,
Ktoz mnie ten warkoc rozplecie.
Nie frasuj się, pani młoda, nie frasuj,
Przyjdzie tutaj starsy druzba, sługa twój.

Po skończeniu śpiewu druhny zwróciwszy się do drużbów śpiewają:
Kto chce, kto chce warkoczyk pogłaskać,
Musi, musi, talarkami trzaskać.
A jek nie das talarka bzitego, talarka bzitego,
Nie przystampuj do warkocka mego.

W czasie śpiewu starszy drużba wchodzi z sieni z jednym z młodszych drużbów, zbliżają się do warkocza p. młodej , rozplata jej część warkocza i rzuciwszy kilka groszy wraca do sieni. Druhny tą samą pieśnią wzywają do rozplatania warkoczy wszystkich pozostałych drużbów czekających w sieni.
Kiedy już wszyscy obejdą kolejkę, czepiarka z druhnami ponownie splatają 
warkocz, a na końcu wplatają piękną wstążkę i znowu śpiewają: kto chce wakocyk pogłaskać .... Starszy drużba po raz wtóry idzie z młodszym drużbą do p. młodej i skacząc wokół niej, rozplata warkocze, włosy potarga, a wstążkę zabiera na pamiątkę. Tym razem składa jej już sutszą ofiarę.
Pani młoda spostrzegłszy się, że drużbowie targają jej włosy, podnosi się i ucieka do komory lub za piec, gdzie ją druhny czeszą i nową wstążkę wplatają. Gdy p. młoda jest już w pełni gotowa, podchodzi do niej starszy drużba, przyprowadza do rodziców i każe jej podziękować za wychowanie i za wszystkie przykrości przeprosić. Panna młoda całuje ojca i matkę w rękę mówiąc: Bóg waju zapłać tatulu ! Bóg waju zapłać matulu ! - a druhny w tym czasie śpiewają:


/pieśń z Baranowa z 1923 roku/

Przeproś, Marysiu, tatulka swego,
Tatulek kochany stoi sfrasowany, 
Ze Marysia idzie niandzy obce ludzie,
Jek owiecka zbłąkana.
Przeproś, Marysiu, matule swoją,
Matulka kochana stoi sfrasowana, 
Ze Marysia idzie niandzy obce ludzie.
Jek owiecka zbłąkana.
Przeproś Marysiu braciska swego,
Braciszek kochany stoi sfrasowany, 
Ze siostrzycka idzie niandzy obce ludzie,
Jek oziecka zbłąkana.
Przeproś Marysiu siostrzyckie swoją,
Siostrzycka kochana stoi sfrasowana,
Ze Marysia idzie niandzy obce ludzie,
Jek oziecka zbłąkana.

Następuje prośba o błogosławieństwo rodziców. Młoda płacze a druhny
śpiewają:
A ty matulu, tu tego domu,
Pobłogosław córkę, jadzie do ślubu.
Oj niech tam jedzie, niech jo Bóg prowadzi,
Najśwantsa Panna niech ją błogosłazi.

W czasie tego śpiewu młodzi podchodzą do swoich rodziców, klękają i 
otrzymują od nich błogosławieństwo.
W czasach powojennych - młodzi klękają przy stole na którym jest woda święcona, kropidło i krzyż. Rodzice pary młodej kropią klęczącą parę święconą wodą, wymawiając życzenia dla nich i dają całować im krzyż. Po błogosławieństwie rodziców, całując się, żegnają się z rodzeństwem. Siadając na wozy zaprzężone w pary koni przyozdobionych kokardkami i wyjeżdżąjąc z podwórka śpiewają:


/Śpiewała Marysia z Majdanu w 1916 r/


Siadaj Maryś na wóz i welonik załóz,
Ja po ciebie zajechał.
Cy ty nie mas woli, cy cię główka boli,
Cy ci ojca matki zal.
Nie zol ci ni ojca, nie zol ci ni matki,
Ani całej rodziny,
Tylo zol mi tego, ślubowania mego,
Tej ostatniej godziny.

Śpiew 17 -letnich dziewczyn Rycicy.
28.VIII.1931 r


Ej, siadaj, siadaj, byleś miała siadać,
Pogoda niedobra, będzie deszczyk padać.
Oj, wsiadła, wsiadła i siedzi na wozie,
Co spojrzy na matkę: ach mój mocny Boże.
Oj, siadaj, siadaj niektórych welonik załóż,
Podziękuj ojcu, matce, że już idziesz za mąż.

W niektórych wioskach byli „mówcy", którzy przed wyjazdem do ślubu wygłaszali mowę pożegnalną, w której wychwalali zalety szczególnie p. młodej i dziękowali rodzicom za jej wychowanie. Mowa, która „ubarwiona" była pięknymi kurpiowskimi określeniami, w dodatku w gwarze kurpiowskiej, nadawała uroczysty i nie pozbawiony niejednokrotnie humoru, charakter kultury kurpiowskiej.
Tak przedstawiały się rozpleciony i wyjazd do ślubu w Baranowskiej parafii.
W innych okolicach sąsiednich parafii rozplecin nie było. /Wg opisów ks.
Skierkowskiego/.
Wozy do ślubu zaprzęgane były tylko w pary koni i nadających się do wesela.
Gdy było duże wesele jechało do ślubu i do 10 wozów. Na pierwszym wozie jechała p. młoda /w środku tylnego siedzenia/ w sąsiedztwie starszego i młodszego drużby. Na drugim wozie jechał pan młody ze starszą i młodszą druhną. Dalej na wozach jechali rodzice młodych i pozostali drużbanci.
Pani młoda / - przed wojną / ubrana była w strój kurpiowski z welonem i czółkiem na głowie, do którego przypięty był bukiet sztucznych białych kwiatów < zionek >i pęk różnokolorowych wstążek z tyłu. 
Po wojnie w parafii baranowskiej strój kurpiowski był już mało używany. Panie młode ubierały się w białą, długą suknię i długi welon. Na głowie miały wianek z kwiatami . 
Tak samo w białe suknie poubierane były druhny, tylko bez wianków. Pan młody najczęściej - nowy garnitur „do ślubu" - z wieńcem u boku.
W czasie jazdy do kościoła - nie galopem - ale dobrym kłusem - nie wolno było wyprzedzać wozu z panią młodą. Jazda do kościoła trwała stosunkowo długo, bo i odległość była znaczna i różna. Z Adamczychy, Dłutówki, Majku, Ramion i innych dalszych wiosek, zdążono wyśpiewać kilkanaście piosenek. Najczęściej na każdym wozie śpiewano inną. A najgłośniej śpiewano przy przejeżdżaniu przez wieś i już w samym Baranowie.
Po przyjeździe przed kościół, młodzi ze świadkami - starszy drużba i starsza druhna - szli na plebanię podpisać akt ślubny, a pozostali drużbanci po „ogarnięciu"się po podróży ustawiali się w szyk parami. Po powrocie młodych z plebani, cały orszak, za młodymi i drużbami wchodzi do kościoła i staje pod chórem. Nieraz bywało ciasno, bo było i po pięć ślubów. Śluby odbywały się na mszy o godzinie dwunastej. Po rozpoczęciu mszy - na chórze - grano marsza i orszak szedł przed ołtarz. Publiczność zgromadzona w kościele gapiła się na weselników, żeby można było później poplotkować o zachowaniu się drużbów lub ubiorze. Marsze grano często „ według zapłaty". Nieraz dodatkowo z organistą przygrywała orkiestra. A bywało, że do ołtarza orszak poszedł i bez marsza - bo go nie opłacono.
Pewna para młodych chciała po wojnie wziąć ślub, ale nie stać ich było księdzu za ślub zapłacić. Przez upartość -że za darmo - dostali ślub, ale przy bocznym ołtarzu. W dodatku nie sporządzony był akt małżeństwa. Żyli „po Bożemu" ale nieprawnie. I aż urodziło się dziecko - trzeba było zrobić akt w kościele i wziąć „ślub" w Urzędzie Stanu Cywilnego.
Na czas dawania ślubu państwo młodzi i starszy drużba z starszą druhną przechodzili za kratki do ołtarza głównego,gdzie ksiądz odprawiał mszą świętą. Ile w danym czasie było ślubów, wszystkie ustawiały się przy ołtarzu. Pozostali drużbanci pozostawali na kościele.
Po otrzymaniu sakramentu małżeństwa - po skończeniu mszy, para młodych
obchodzi ołtarz i chwilę przed nim modli się, klęcząc. Po powrocie pod chór młodzi przyjmują życzenia- pomyślnego życia na nowej drodze - od zaproszonych gości, którzy wcześniej życzeń im nie złożyli i przyjmują od nich prezenty.
Przechodzenie całym orszakiem przez kościół wkrótce zanikło, gdyż trafiało
Się, że część drużbów, wcześniej goszcząc się za dużo „wychyliło" i chód ich w kościele nie przystawał do tak poważnej uroczystości. Przed ołtarz szły tylko pary młodych i starsi drużby. Pozostawali drużbanci jak i wozacy, i rodzice siadali w ławkach lub stali w ławach.
Po wyjściu z kościoła siadano na wozy i ruszano w powrotną drogę. Śpiewano
pieśni „poślubne" głośno i donośnie - oczekując już gościny i tańców. „Wyścigi"
w konie mogły już się odbywać. Panna młoda z panem młodym w drodze powrotnej jadą na pierwszym wozie. Brama wjazdowa w domu pani młodej - lub gdzie odbywa się wesele - jest zagrodzona wstążkami. Młodzi schodzą z wozu i są witani chlebem i solą. W tym czasie
muzykanci grają marsza - gdy jest ciepło, to na dworze. Wszyscy goście podchodzą do nich i kładą im do kieszeni „ marszowe"- po parę złotych. Następnie idą do domu, gdzie będzie „muzyka" - tańce. Nie było świetlic - zabawy odbywały się w domach, w których była większa izba. W latach sześćdziesiątych przyjęcia weselne odbywały się i w odpowiednio przygotowanych stodołach.
Druhny i drużbowie dobierali się parami, żeby w kościele - w orszaku być parą. 
Już będąc zaproszonym na wesele dobierano się w pary. Ciekawiło to „wspólnotę"
we wsi, która z którym będzie na weselu. Często były to początki narzeczeństwa.
Z druhną jechało się do kościoła i z powrotem i odbywało pierwszy taniec po powrocie z kościoła. Nieraz pierwszy taniec był i ostatnim. Jak podobała się druhna lub drużba, które przyjechało z weselem od młodego, to próbowano zawrzeć nową znajomość. Nie zawsze taka „zdrada" była mile widziana przez drugą stronę, ale było to normalnością. Nieraz drużbami byli brat z siostrą. Izby do tańca były zawsze za małe. W dodatku pod ścianami stojąc lub siedząc na ławkach odpoczywali ci, co nie tańczyli oraz inni goście weselni - szczególnie kobiety. Tańczono na zmiany - kilka par - parę tańców i „ następne pary się bawią".
Jeżeli umiał dobrze być „wodzirejem" starszy drużba, to on kierował tańcami, a jeżeli nie, to za jego aprobatą „dowodził" inny drużba. A dowodzenie było potrzebne, bo szczególnie po dłuższej już gościnie - dobrze zakrapianej nie tylko piwem, chcących „rządzić" bywało więcej. Najchętniej młodzi a i starsi wiekiem goście tańczyli szybsze tańce -oberka, poleczkę i kto umiał - to powolniaka.


Jak był dobry wodzirej, to często robił tzw. kółeczka - „wszystkie pary za rączki" i dalsze zabawy. Urozmaicała się w ten sposób zabawa, zmieniały się pary i było weselej się bawić. Na zabawach weselnych w odróżnieniu od zabaw organizowanych przez młodzież - rzadko dochodziło do bójek


Oczepiny w parafii Baranowo

/wg ks. Skierkowskiego/
Dwie starsze druhny idą do alkierza po p. młodą, aby ją zaprowadzić do oczepin.
pozostałe druhny stoją za stołem i śpiewają:
/Marysia z Majdanu -1916 rok/
Świeci niesiącek świeci, świeci i gwiazdeczka,
Prowadź starsza druhno młodą do cepecka.

Druhny z alkierza: Prowadzę, prowadzę i tak sobie radzę,
Którny jej cepusek na główeńkę wsadzę.

Druhny na izbie: Świeci niesiądz świeci, świeci i jutrzenka,
Prowadź starsza druhno, nie weźmiem jej zianka.

Druhny z alkierza: Ja ją prowadziła, ona iść nie chciała,
Ćóz jej po zionusku, kiedy rąckę dała.

Druhny na izbie: Prowadźże ją prowadź, prowadź na stołeczek,
Weźniem ji zionusek, a wsadziem cepecek.

Druhny z alkierza: A ja ją prowadze i tak sobie radze,
Chtórny ji cepusek na główeńke wsadze.

Starsze druhny prowadzą p. młodą do izby i sadzają na krześle za stołem,
same stają razem z innymi druhnami obok p. młodej i śpiewają:
Wszystkie druhenki stały w rząd,
Tylko Marysia posła w kąt.

Wszystkie druhenki już w rzędzie,
Tylko Marysi nie bandzie.

Wszystkie druhenki w rząd stały,
Tylko Marysia za nani.

Następnie druhny wzywają wszystkie gospodynie do złożenia ofiary na czepek
dla p. młodej, przy czym śpiewają:
/Zosia z Czarnotrzewia -1923 rok/
Gospodynie, gospodynie schodźta się,
Pani młodej na cepecek złózta się.
I stryjenki i wujenki schodźta się,
Pani młodej na cepecek złózta się.

Wszystkie gospodynie wzięły wezwanie do serca i wyjąwszy z chusteczek po kilkadziesiąt groszy, idą do stołu, a druhny spostrzegłszy to śpiewają:
Oj, idą, idą róbta im steckę,
Niosą pieniędzy pełną chusteckę,
Oj - ja, oj dana o ojdo.
A ja wylece, to im pomoge,
Dadzą Marysi na zapomogę.

Po wywołaniu gospodyń, druhny wywołują krewnych, którym śpiewają:
A te wujenki to dumowate,
Bo ludzie mówią, że są bogate.
Że są bogate i honorowe,
Cisną na talerz pięciozłotowe.
Pięciozłotowe - papier nowotny,
Pójdą do tańca bardzo ochotne.
W podobny sposób wywołują wszystkich po kolei gości, a goście składają się Marysi na cepecek. Druhny śpiewają zapraszając i dziękują śpiewem. Kiedy już wszyscy złożą zapomogę, czepiarka zdejmuje z głowy p. młodej wianek, a wkłada czepek. Wszystko odbywa się przy śpiewie druhen. Przy wkładaniu czepka kawalerzy stoją na dworze i walą kamieniami na znak, że oni tak czepek przybiją, żeby p. młodej nie zleciał z głowy.A pan młody dowiedziawszy się, że druhny są głodne, prowadzi je do alkierza, stawia przed nimi piwo i chleb i prosi, żeby jadły. Drużbowie w tym czasie przebierają się za kupców i idą do czepiarki kupować czepek. Druhny, posiliwszy się, podchodzą do czepiarki i śpiewają:

Cepiarecko, wspomnij sobzie,
Byś sprzedała zionek dobrze,
Bo kupcy się namaziajo,
Za lada co kupsieć mają.

Kupcy niewiele dają, więc druhny im śpiewają:

Jadźże kupce z Bogiem, scęśliwa droga,
Mamy insego od Pana Boga.

Drużbowie przynieśli parę bochenków chleba, kilka butelek piwa i w worku wiele różnych skorup i szkła, mówiąc czepiarce, że to złoto. Czepiarka zabiera to wszystko i oddaje czepek starszemu drużbie, który poskacze z nim w kole drużbów i oddaje drugiemu, ten trzeciemu i tak długo z nim skaczą, aż czepek dostanie się z powrotem do rąk starszego drużby, który oddaje go czepiarce. Druhny zjadły już chleb i wypiły piwo i stoją obok p. młodej. Po otrzymaniu przez czepiarkę czepka z powrotem, rozpoczyna się ceremonia wypędzania
druhen zza stołu. Druhny wzywają starszego drużbę do wypędzania druhenek śpiewając:
Starsy druzba weź kosiora,
Wygnaj druhenki zza stoła,
To o da, to o da , to od da da.

Kiedy druhny skończą śpiew, drużbowie odstawiają nieco stół i wypędzają,
każdy swoją druhnę w następujący sposób: drużba podchodzi do stołu i kładzie nań swą czapkę. Druhna wrzuca zręcznie pod czapkę swoją małą, bardzo ładną chusteczkę i ucieka. Drużba szybko chwyta czapkę razem z chusteczką i goni druhnę w około stołu tak długo, aż ją złapie. Po tym oboje przetańczą kółeczko i stają na boku izby. Toż samo czynią wszyscy drużbowie. Na ostatku p młody lub starszy drużba wypędza p.młodą i wtedy druhny śpiewają:

Oj zza stoła pani młoda, zza stoła,
A podziękuj swoim drużbom wesoło.
Za cóż ja mam swoim drużbom dziękować ?
Nie chcieli mi pod wesele koni dać.
Oj zza stoła pani młoda, zza stoła,
A podziękuj swoim drużbom wesoło.
Za cóż ja mam swoim druhenkom dziękować ?
Nie chciały mi na weselu tańcować.
Oj zza stoła pani młoda, zza stoła,
A podziękuj swej cepcarce wesoło.
Za cóż ja mam cepcarecce dziękować ?
Nie chciała mi jedwabnego cepka dać.

Po wypędzeniu p. młodej druhny stawiają stół na dawne miejsce i znowu sadowią p. młodą na ławie. Teraz czepiarka tańczy krótko z każdą druhną, w końcu tańczy z p. młodą, którą oddaje panu młodemu. Po skończonym tańcu podają posiłek: piwo, kawę z plackiem i gawędzą ze dwie godziny, po czym rozjeżdżają się do domów.
Jeżeli p. młody bierze p. młodą do siebie, wszyscy goście i muzykanci jadą ze śpiewem do domu pana młodego, gdzie tańczą i goszczą się do wieczora, a potem rozjeżdżają się każdy w swoją stronę i na tym wesele się kończy.

 


Odpusty

Ilość odpustów w roku w parafii ustalona jest przez władze kościelne.
Niektóre odpusty są dniami świątecznymi. W inne jest w dzień nabożeństwo, ale nie 
ma święta i można pracować. W parafii baranowskiej świątecznymi dniami odpustu jest dzień 29 czerwca - św. Piotra i Pawła i 24 sierpnia św. Bartłomieja. Odpust w 
parafii to dzień wyjątkowy. Daleko od jednych i drugich świąt - więc okazja, żeby poświętować. W odpust oprócz większych uroczystości kościelnych, bo i msza bardziej
uroczysta i procesja - to jeszcze była okazja do spotkań rodzinnych i towarzyskich.
Przed wojną i jeszcze po wojnie nie tylko pojedyncze osoby lub rodziny, ale i
„kompanie" z parafii szły na odpust do sąsiednich parafii. Z Baranowa odwiedzano parafię w Brodowych Łąkach -„Rudzie" , Kadzidle i na Świętym Miejscu -„Bartnim Borku" pod Przasnyszem. Do Kadzidła szła kompania na odpust św. Rocha, a do Brodowych Łąk na Pańskie Przemienienie - 6 sierpnia. Z bliższych wsi - rodzinami i pojedynczo szli i jechali na odpust. 
Odpusty w Baranowie nie były przekładane na niedzielę, odbywały się w dniu tygodnia, jaki wypadł 29 czerwca i 24 sierpnia. W innych mniejszych parafiach przekładano na
pierwszą niedzielę po dacie imienin świętego.
Kompanię tworzyła grupa parafian udająca się na odpust. Jechało parę wozów z uczestnikami osób biorących udział w procesji. Wieziono ze sobą parę chorągwi, obrazów i proporców. W wyjeździe brał udział przynajmniej jeden z księży parafii i inni chętni parafianie. Przed dojazdem do wsi parafialnej zatrzymywano się i ustawiała się procesja, aby dalej do kościoła iść pieszo. Idąc śpiewano pieśni religijne. Uczestnicy kompanii brali udział we mszy świętej i wspólnej procesji. Po uroczystościach wracano 
z obrazami i chorągwiami do kościoła a pozostali pielgrzymi do swoich domów. 
Kompanie z sąsiednich parafii przybywały na odpusty do Baranowa z rewizytą.
W dniu odpustu każdy starał się być w kościele i to na mszę południową. Często ksiądz zapraszał księży z sąsiednich parafii i kazanie miewał któryś z obcych księży.
Jechano w większości wozami, bo trzeba było zabrać dzieci, dziadków i gdy było jeszcze miejsce na wozie, to osoby nie mające konia, lub zabrało się kogoś w drodze.
Dzieci zabierało się - bo najczęściej nie było z kim zostawić, a i w „tasach" chciały coś kupić lub przynajmniej zobaczyć. Odpusty były w porze letniej, było ciepło, to i do domu nikomu się nie śpieszyło. Wozami zajeżdżali ludzie do znajomych gospodarzy w Baranowie. Często na wielu podwórkach było po kilka wozów. Po „kościele" matki szły z dziećmi prosto do tasów - straganów, bo dzieci inaczej by nie pozwoliły.
Kupowano im cukierki, słodkie panienki, obwarzanki i lemoniadę lub oranżadę do picia. Mężczyźni stawali przed bramą kościelną, żeby zapalić papierosa i spotkać się z kuzynami lub innymi znajomymi. Następnie kierowano się do swoich wozów.
Po jakimś czasie wracały matki z dziećmi, a gospodarze - kuzyni zorganizowali butelkę
wódki i dzielili się wiadomościami o urodzaju - lub nie - w tym roku, o wykonanych pracach i innych bieżących sprawach. Pod wieczór spokojnie i powoli, dzieląc się wrażeniami wracali do domów, ale tylko rodzice, dziadki i dzieci.
Dorosła młodzież do kościoła szła często pieszo, bo za dużo było na wozie.
W latach późniejszych wiele chłopaków miało rowery, przywiezione z Prus. Stare, bez części zamiennych, często więcej się go prowadziło niż jechało, nie tylko ze względu na piaszczystą drogę, ale i awarię roweru.
W tych powojennych latach dowiedziano się, kto był wynalazcą roweru. „Twierdzono", że „rower wynalazł ruski żołnierz w Szczytnie u Niemca na strychu". Niech i tak będzie, aby było na czym jechać.
Młodzież po kościele łączyła się w grupy według koleżeństwa i starała się znaleźć miejsce w gospodzie, a gdy go zabrakło - to kupowano „prowiant" i biesiadowano u kogoś na podwórku. Po posiłku spacerowano po ulicach oczekując na rozpoczęcie -odpustowej - zabawy biletowej. Żartowano nieraz, że św. Piotr był człowiekiem lepszym niż św. Paweł, bo połowa dnia należąca do św. Piotra - spędzana była w sposób pobożny, natomiast druga połowa dnia spędzana była raczej bezbożnie.
Na zabawę nie mieścili się wszyscy. Część wracała z panienkami do domów. Inni
znów woleli lepiej wódkę niż panny i zabawę i „cieszyli" się w swoim gronie.
Opowiadań o wrażeniach odpustowych często mieli nie mało i dorośli i dzieci.

Dożywocie

W okresie - przed pierwszą wojną światową - rodziny wiejskie na Kurpiach były w większości trzypokoleniowe: dziadki, rodzice i dzieci. Jedno pokolenie to czas około 20 -25 lat. Rodziny były liczne. Siedmioro dzieci - to średnia rodzina. Dzieci bywało znacznie więcej, lecz wiele umierało. Gdy dziecko zmarło - sąsiadki matkę pocieszały: Pan Bóg dał, Pan Bóg wziął - lub - takie małe, nie nagrzeszyło, pójdzie do nieba, toć to aniołek. Zamknięto w skrzyneczce - trumce, ksiądz pokropił i ojciec zakopał na cmentarzu w kwaterze dla dzieci. W niektórych rodzinach miano i po kilku aniołków. Powiedzenie: co rok to prorok - jak wszystkie powiedzenia- było z życia wzięte.
W domach o rozmiarach 8 na 9 m była sień, duża izba, alkierz i mała izba albo w jej miejscu komora. U biedniejszych osób, szczególnie wyrobników - którzy mieli domy na cudzych działkach - budynki mieszkalne były tylko jedno lub dwuizbowe. Okna z pojedynczymi szybami. Wszystkie kryte słomą. Kot - bo w każdym domu był, żeby łapać myszy - przychodził do sieni sam. Wchodził po węgle u narożnej ściany, pod strzechę, strychem i drabiną schodził do sieni. W takiej chałupie mieszkało po 10 - 12 ludzi i więcej. Na gospodarstwie pracowali wszyscy powyżej 6-7 lat. „ Dziewczynka w wieku 6-7 lat przypilnowała - na krótko - młodsze dziecko, w lecie mogła paść gęsi, przynieść drzewa z szopy. Starsze od 10 lat pomagały już przy pieleniu lnu, prosa a nawet sadzeniu ziemniaków. Mając 15 lat powinna umieć nakarmić świnie i przygotować dla nich pokarm, doić krowy, gotować, szyć. Od 18 lat życia „nie ma takiej roboty, której by nie umiała robić „.Tak jak każda dorosła kobieta, potrafi zastąpić nawet mężczyznę w jego pracach.
Chłopców od 10 lat uczono posługiwania się cepami, a kiedy miał 15 lat - to już
dobry młocek z niego był. Chłopcy wdrażali się do innych męskich prac przy domu,
w lesie, koszeniu traw i zbóż. Codziennym obowiązkiem było rżnięcie sieczki na ręcznej sieczkarni dla koni a w zimie i dla krów. Podział prac zależny był od dorosłości i siły do pracy.
Młodzież - szczególnie najstarsza w rodzinie w młodym wieku - zawierała związki
małżeńskie. Wynikało to z warunków gospodarczych. Chłopaka się żeniło, żeby żona w wianie dostała z trochę ziemi lub dobytku albo pieniędzy - żeby w wymianie było co dać w posag następnemu żenionemu dziecku. Starano się najstarszego syna żenić do domu, żeby nazwisko w rodzinie nie ginęło i że najwięcej się przy rodzicach w gospodarstwie napracował. Dziedzic - jak mawiano - musiał wspólnie z rodzicami pozostałe rodzeństwo „wyposażyć" i dochować rodziców. Śluby w wieku 19 - 21 lat chłopaków i 16 - 18 lat dziewcząt, były rzeczą normalną. Na zakochiwanie się i chodzenie ze sobą nie było ani czasu ani też nie było dobrze widziane ze względów obyczajowych. Łączeniem par zajmowały się najpierw ciotki, które wiedziały gdzie jest majętna i dobra dziewczyna dla kuzyna, a dla kuzynki chłopak. Po uzgodnieniu między rodzinami, w zasadzie - rodzicami młodych - rolę przejmował swat zwany również rajem. Kontakty raja z rodzinami, ze względu na odległości, nie były zbyt trudne. Ponad 90 procent małżeństw zawieranych było spośród młodzieży mieszkającej w parafii baranowskiej i sąsiednich.
Rajom i swatom było blisko. Za to młodzieży pobierającej się było „bardzo" daleko,
bo poznawali się dopiero po ślubie. „Dzięki" takim warunkom powstawania nowych 
rodzin mamy tak wiele piosenek weselnych i leśnych opisujących to, co kryło się w
sercach żyjących w tych czasach młodych i nie tylko - młodych - ludzi.
-Pół żartem, pół serio z tej branży:
„ Kawaler z baranowskiej parafii na odpuście - świętego Piotra i Pawła - zapoznał
się z dziewuchą spod Kadzidła. Tak mu się spodobała, że wybrał się do tej wsi, w której ona mieszkała. Nie znał tam nikogo, od kogo mógłby się czegoś więcej o niej dowiedzieć. Spotkał na ławeczce siedzącego starszego człowieka. Pomyślał, że na pewno taki starszy człowiek powie mu prawdę o tej pannie. Podając jej imię i nazwisko - poprosił o jej opinię.
Siedzący na ławce dziadek odpowiedział mu tak: chłopaku - musi to być dobra
dziewcak - bo to co ja o niej słyszę, to wszyscy chłopaki we wsi ją lubią i chwalą."

„ Panienka mająca już zamiar wyjść za mąż - rozmawia o narzeczonym z ciotką. 
Ciotka jej powiada: nie będziesz za nim suchego chleba jadła. I powtórzyła to ze 
dwa razy. Panienkę to zainteresowało, dlaczego tak to powtarza, i co to ma znaczyć.
No i zapytała się ciotki: a z czym ten chleb będzie ? - ze łzami dziewczę, ze łzami
- odpowiedziała ciotka".

Młodzi gospodarze - młodożeńcy - pracowali wspólnie z rodzicami i pozostałymi
w rodzinie dziećmi. Żenili i spłacali młodsze rodzeństwo - pod zarządem rodziców.
Majątek - gospodarstwo - starzy przekazywali dopiero, gdy ożenili wszystkie dzieci.
Nieraz zmuszeni byli przekazać wcześniej - gdy domagali się rodzice osoby młodej
żeniącej się na ich gospodarstwo i wnoszącej duży posag. Majątki przekazywano
nieraz tylko na swoje dziecko pomijając najczęściej synową, bo mały był jej posag.
W zasadzie majątek przekazywali rodzice, gdy już samym było za ciężko pracować.
Przekazując majątek, niejednokrotnie pozostawiano sobie zarząd do śmierci.
Majątek był już syna, ale w poważniejszych sprawach i nie tylko decydował ojciec.
Nieraz, nawet na którym polu posadzić ziemniaki, sprzedać krowę lub pohandlować konia.
Po przekazaniu gospodarstwa u notariusza - mówiono „rejentalnie" - rodzice prze-
chodzili na ornalię. Ornalia była spisana u rejenta, w której podawano jakie świadczenia mają dawać otrzymujący gospodarstwo, na rzecz rodziców i nie spłaconych do reszty dzieci rodziców. Świadczenia powinny być dokładnie określone, gdyż gdy jakiś szczegół pominięto, miał później poważne konsekwencje. Może i żartobliwie, ale wspominano o takich brakach jak np.; w ornalii zapisano: zawiezienie 4 razy w roku do kościoła. - Zięć wymościł powóz, zawiózł teściów do kościoła i zaraz wrócił - bo według zapisu w ornarii - nie miał obowiązku przywieźć teściów z powrotem.
Przykład drugi: zapisane było wejście na strych - przyniesiona była drabina i po
wejściu na strych zaraz odniesiona, - bo w ornalii nie było zapisane i zejście ze strychu.
Podobnych nieścisłości bywało wiele, ale przy dobrej zgodzie w rodzinie sąsiedzi
o tym nie wiedzieli.
Częstym zapisem było utrzymywanie przez dzieci na rzecz rodziców żelaznej
krowy. Rzecz polegała to na tym, że codziennie rodzice mieli otrzymywać określoną ilość mleka np. 2 litry - dokąd żyją oboje, a gdy zostanie jedno, to litr. Gdyby mieli jedną wyznaczoną krowę - to trzeba by było ją karmić i doić.Gdy przed wycieleniem przez jakiś czas nie dawałaby mleka - to by go nie było.Gdyby zdechła - trzeba by było odkupić, a może drugiej już nie wolno by było chować. Krowa żelazna - zabezpieczała codzienne posiadanie mleka i nie zdechła.
„Ojcom" należało się na dożywociu mieszkanie - najczęściej alkierz. Na dużej izbie poleżeli, jak zmarli.
Przykład zapisu w ornalii: świadczenia roczne to: - 8 ćwiartek żyta, pół metra
prosa, ćwiartka gryki, 15 worków kartofli, 6 kilo słoniny, sól i nafta, 100 złotych,
4 razy dowieźć do kościoła i przywieźć, drzewo na opał od pieńka /tj. pocięte/. 
Określano również ilość niezbędnej odzieży dla ojca i matki.
„ Jakby dzieci ornarii należycie nie wypełniali, to się trafiało, ze ojciec sed do
rejenta i akt złamał".
„Jek jus ojce ornario sobzie wyznaczyli, to dobre dzieci nie powinni im roboty 
dawać, ino powiedzieć: co chcecie to róbcie". Dożywotnicy pomagali w miarę 
zdrowia i sił dzieciom, najczęściej w pracach usługowych: noszenie wody, zbieranie chrustu, wygnać na pastwisko i przypilnować krowy i inne pomocnicze roboty. Zwyczaj nakazywał traktowanie starych rodziców z szacunkiem, stwarzanie im poczucia przydatności poprzez zasięganie rad w sprawach gospodarczych itp.




Powered by Joomla!®. Valid XHTML and CSS.